Orawski Park Etnograficzny w Zubrzycy Górnej

 

MINIONY CZAS - GODZINY

W dniu 21.11.2009 r. o godz. 1730 w Czarnej Karczmie Orawskiego Parku Etnograficznego w Zubrzycy Górnej została otwarta wystawa pt. Miniony czas – godziny, ze zbiorów muzealnych oraz prywatnych kolekcji. W większości zegary pochodzą z XVII i XIX wieku, tzw. Schwarzwaldzkie wytwarzane przez małe warsztaty w górach Schwarzwaldu w południowo – zachodnich Niemczech, przy granicy ze Szwajcarią i Francją. Są to zegary wahadłowe, których metalowe kółka osadzone są w drewnianych ściankach osłaniających mechanizm. Najstarsze to zegary z prostokątnymi, półkoliście zwieńczonymi ściankami frontowymi wyciętymi z drewna, na których znajdowała się malowana tarcza z godzinami i wskazówkami zdobione ręcznie namalowanymi różyczkami najczęściej na półkolistym zwieńczeniu oraz w narożach. Trochę późniejsze są zegary, których przednia ścianka wytłaczana jest z cienkiego metalu, przedstawia różne scenki i jest barwnie malowana. W środku znajduje się emaliowana biała tarcza z podziałką i wskazówkami. Całość za otwieraną szybką w drewnianej ramce. Zaprezentowano też zegar ze ścianką przednią wykonaną z porcelany, oraz z ścianką frontową drukowaną jak w oleodrukach z widokiem gór i tarczą zegara w pośrodku. Wszystkie Schwarzwaldy to zegary które wydzwaniały najczęściej pełne godziny, niektóre z nich to tzw. kukułki. Na wystawie znalazły się też zegary kominkowe, oraz zegary, których obudowy zostały wykonane przez miejscowych artystów natomiast mechanizm w nich pochodził z budzika. Zegary wypożyczone z prywatnej kolekcji  to również Schwarzwaldy, doskonale przez niego odrestaurowane oraz wszystkie na chodzie.

R. Ciok

Artykuł

 

Nikt już dzisiaj nie pamięta, kiedy w rodzinie Giądłów zaczęła się  przygoda z „kościelnowaniem”. Dla mnie i wielu innych starszych już ludzi, pod kościołem od dawna mieszkali „kościelni”. Mój pradziadek Jan był kościelnym, mój dziadek Karol był kościelnym, a po dziadku funkcję tę przejął mój tata Eugeniusz (Stanisław to jego drugie imię i pod takim imieniem znają go ludzie).

Pradziadek Jan przeżył prawie sto lat. Zmarł w 1969 roku. Starsi pamiętali go jako tego, który zawsze chodził w „portkak suknianyk”. Tak też go pochowano.

Mój dziadek Karol Giądła urodził się 4 września 1916 roku jako kolejne dziecko Jana i Anny Giądła. Pochodził z rodziny chłopskiej. Jak wielu jego rówieśników ukończył cztery klasy szkoły podstawowej, która znajdowała się nieopodal rodzinnego domu – koło kościoła. Lata dziecięce spędził pomagając swoim rodzicom w gospodarstwie. W 1939 roku został powołany do wojska. Dziwne to było wojsko. Jak sam opowiadał na całą „kompanijo” dostali trzy rowery, a oprócz strzelania nauka jazdy na rowerze była podstawową. Jako jeden z niewielu opanował tę trudną sztukę i głównym jego zadaniem była praca kuriera między poszczególnymi jednostkami wojska. Cała służba wojskowa trwała jednak krótko. Niemcy bardzo szybko posuwali się w głąb kraju, a polskie jednostki wojskowe zostały rozbite. Tyle wspominał o wojnie. Jedyne co jeszcze wspominał z wojny to płonący w 1939 roku „podkościół”, oraz armaty ustawione koło kościoła, których huk spowodował, że spadł sufit w kościele.   Po wojnie jako ponad trzydziestoletni kawaler wziął ślub z Józefiną  Król. Mieli razem czworo dzieci. Najstarszy Jan jest księdzem (proboszcz w Marcyporębie koło Wadowic), młodszy syn Stanisław „odziedziczył” po dziadku „kościelnowanie”. Natomiast dwie córki Maria i Anna wyszły za mąż i mieszkają ze swoimi rodzinami.

Dziadek Karol całe swoje życie służył innym ludziom. Najpierw jako żołnierz, choć ta służba była bardzo krótka. Ale przede wszystkim całe swoje życie poświęcił pracy w kościele. Ilu ludziom on „kumotrował”? Dawniej jak przynosili dziecko do chrztu to nie zawsze byli rodzice chrzestni, a dziadek zawsze był, jak to się mówi „pod ręką”. Ilu swoich znajomych pożegnał odprowadzając na cmentarz? – tego nikt do końca nie wie. Pamiętam, że zawsze wszystkie osoby zapisywał w swoim notesiku. Prawie połowę swojego życia przepracował jako „kościelny”. Współpracował z wieloma księżmi, był kościelnym za czasów  pięciu proboszczów: ks. Juliana Łyska, ks. Tadeusza Masnego, ks. Adama Boguckiego, ks. Floriana Koska, ks. Stanisława Góreckiego.

Zawsze uśmiechnięty, lubił żartować, tak go pamiętają inni ludzie. Wiele dobrego o nim słyszałem. Ja jednak pamiętam go jako człowieka wielkiej modlitwy. Ostatnie trzy lata swojego życia bardzo cierpiał. Jednak najczęściej właśnie wtedy słychać było z jego ust tylko słowa modlitwy. Swoje cierpienie przeżywał w jedności z Bogiem. Zmarł 6 września 2002 roku przeżywszy 86 lat.

Na koniec warto przytoczyć słowa ks. Biskupa Jana Szkodonia z homilii pogrzebowej:   „ten jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie. Niech przy tej trumnie naszego brata kościelnego, wieloletniego kościelnego, niech przy tej trumnie każdy z nas na nowo usłyszy głos Ojca i ten głos odnieśmy do swego życia i do swojej śmierci. To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie”.

Jacek Giądła

galeria zdjęć

 

wstecz